Skąd się bierze depresja?

with Brak komentarzy

Depresja – choroba duszy czy biochemii mózgu?

Depresja to coś więcej niż tylko przewlekły smutek i wycofanie. Współczesna medycyna ma na to nazwę: epizod depresyjny F32, czyli lista objawów do skorygowania, ale takie podejście redukuje złożoność ludzkiego cierpienia. Pytania, skąd się bierze depresja i dlaczego chory obwinia za nią siebie, zadał już Sigmund Freud w eseju „Żałoba i melancholia”. Objaśnił kluczową różnicę między żałobą jako zdrową reakcją na realną nazwaną stratę, a melancholią (obecnie nazywaną przewlekłą depresją), kiedy chory nie potrafi sobie uświadomić, co konkretnie stracił, zatem nie może w pełni przeżyć żałoby. Wtedy energia psychiczna człowieka grzęźnie, a całą złość kieruje on przeciwko sobie zamiast ku temu, co naprawdę go zraniło. Z tej perspektywy dowiemy się, dlaczego kultura sukcesu sprzyja redukcji cierpienia do „deficytu” (też rozumienia jako deficyt serotoniny lub dopaminy) oraz jak wygląda droga do ulgi.

Smutek jako deficyt. Dlaczego kultura sukcesu sprzyja depresji?

Epizod depresyjny F32 – tak w Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób (ICD) nazywa się depresję. To przede wszystkim lista objawów: obniżony nastrój, utrata zainteresowań, zmniejszona energia, problemy ze snem trwające co najmniej dwa tygodnie. Wystarczy odhaczyć odpowiednią liczbę punktów, by otrzymać diagnozę zaburzenia nastroju. Współczesna psychiatria widzi człowieka przez pryzmat tego, co przestało w nim działać. Co mu przeszkadza. Coś się popsuło. Coś odpowiedzialnego za radość życia. Problem nie leży w samej klasyfikacji, lecz w tym, co ona robi z naszą opowieścią o bólu – redukuje złożone doświadczenie do poziomu dysfunkcji i deficytów, które należy „skorygować”.

Nawet psychoterapia bywa rozumiana opacznie – jak kurs obsługi własnego umysłu. Wystarczy „przepracować” albo „skorygować” błędne schematy myślenia i magicznie wrócić do pełnej funkcjonalności. W głębi serca chcemy tylko, by smutek zniknął, a radość życia (często rozumiana jako tożsama z korzystaniem z życia) natychmiast wróciła.


Gwoli sprawiedliwości, muszę zaznaczyć, że istnieje wiele uwarunkowań metabolicznych, autoimmunologicznych czy innych, które powodują zaburzenia nastroju lub z nimi współwystępują, o czym napiszę w kolejnym artykule. I od ich wykluczenia należy rozpocząć leczenie (badania laboratoryjne i normy funkcjonalne dadzą odpowiedź: morfologia, ALAT, AspAT, glukoza, Mg, Ca, K, Na, kreatynina, TSH, fT4, badanie ogólne moczu, poziom wit D3). Decydując się na konsultację lekarską, szukamy psychiatrów, którzy postrzegają i rozumieją pacjenta poprzez dynamikę jego psychiki, nie tylko biologicznie. A wracając do depresji przeżywanej pod presją współczesnego kultu wellbeingu…


Co sprawia, że tyle osób podejrzewa u siebie depresję lub pojawia się ona szybko jako odpowiedź na smutek i cierpienie? Sprzyja temu tempo życia podkręcane presją wydajności, ciągłe porównywanie się z innymi – taka cicha zmowa naszych czasów – oraz nieporadność w przeżywaniu bólu psychicznego. Chcemy widzieć siebie wyłącznie jako istoty racjonalne, ignorując naszą nieświadomość. I wylewamy dziecko z kąpielą, skupiając się na osiąganiu wiecznej szczęśliwości, piękna i potencji. Śmierć (również koniec jakieś wizji czy marzenia) przestała być naturalną częścią życia, dzieje się przeważnie gdzie indziej – poza nami, w szpitalu, wraca jako urna czy brak ciągłości kariery w CV. Trudno doświadczać jej namacalności, staje się ewentualnie przeżywanym brakiem. Tym samym zubożamy swój świat przeżyć i emocji. Jak? Wybierając, co chcemy lub możemy czuć i arbitralnie przyznając odpowiedni na to czas. Smutek traktowany jest jak przeszkoda, którą trzeba jak najszybciej przepracować. Najlepiej na ultraskondensowanej „terapii”, żeby było skutecznie i bezboleśnie, no bo przecież depresja sama w sobie to cierpienie, więc po co przedłużać…. Można do niej wrócić jako doświadczenia, z którego wyciskamy wartość – jednak nie przeżyta dogłębnie w sobie, lecz coś, z czym uporaliśmy się – zwalczyliśmy w imię powrotu do wydajnego życia.

Zauważyłam, że może się to stać nawet walutą w świecie mediów społecznościowych – załamanie, porażka czy depresja trafiły na Instagram, LinkedIn i podcasty. Ale nie przedstawiają przeszywającego smutku, beznadziei czy rozpaczy jako głębokiego doświadczenia człowieka. To wyreżyserowana narracja upadku i spektakularnego powrotu: kryzys jako przystanek przed sukcesem, historia o tym, jak perfekcyjnie zarządzamy własnym życiem, nawet gdy upadamy. Badacze kultury nazywają to curated vulnerability – wyreżyserowaną wrażliwością. Historie o kryzysach, wypaleniu czy depresji mają tam zazwyczaj tę samą strukturę. Jest upadek, jest moment walki i jest – obowiązkowo – triumfalny powrót. To storytelling, w którym cierpienie służy jedynie jako tło dla naszej sprawczości. Prezentujemy światu (i sobie samym), jak sprawnie zarządzamy własnym życiem, nawet w obliczu katastrofy. W takim scenariuszu nie ma miejsca na depresję, która nie kończy się „lekcją biznesową”. Nie ma miejsca na utknięcie, na bezsens, na ciszę, która trwa miesiącami. Współczesna kultura sukcesu nie toleruje pustki. Każe nam ją natychmiast wypełnić działaniem.


Tymczasem w gabinecie terapeutycznym spotykamy się z czymś zupełnie innym. Z cierpieniem, które nie chce wpisać się w żaden scenariusz sukcesu. Z ludźmi, którzy czują się martwi w środku, mimo że na zewnątrz wciąż funkcjonują. Aby ich zrozumieć, musimy sięgnąć głębiej niż lista objawów i rozmowa o „obecnej życiowej sytuacji pacjenta”.

A co na to Freud?

Żałoba: Smutek, który leczy.

Esej Sigmunda Freuda „Żałoba i melancholia” z 1917 roku to jeden z najbardziej przenikliwych opisów tego, co dziś nazywamy depresją (Freud nazywał to melancholią). Traktuje o doświadczeniu każdego z nas: prędzej czy później zdarza się jakieś bolesne rozstanie lub strata – może to być śmierć bliskiej osoby, utrata ważnej relacji albo jakiejś wartości, na przykład poczucia bezpieczeństwa, wolności czy marzeń. Wszyscy też podlegamy ekonomii życia psychicznego, na które składa się świadome i nieświadome (zwane w literaturze również świadomością i nieświadomością). To jest energia psychiczna – a tak jak w fizyce, energia nie znika, tylko zmienia formę.

Freud nazwał uczucie żalu i smutku po takiej stracie, której jesteśmy w pełni świadomi, również w wymiarze psychicznym, żałobą. Uważał, że jest ona czymś naturalnym i potrzebnym: dzięki niej stopniowo godzimy się z faktem, że kogoś lub czegoś już nie ma. Proces żałoby jest zdrowy – to bolesna, ale otwarta rana. W psychice dzieje się coś ważnego: nasza energia emocjonalna (Freud nazywał ją libido) jest powoli, świadomie wycofywana z utraconego obiektu (czyli bliskiej osoby, idei czy marzenia), przeżywamy brak i jego znaczenie dla nas, by w końcu móc zostać skierowana na nowe dążenia i relacje (obiekty w nomenklaturze psychoanalitycznej). To bolesne, ale ten mechanizm pozwala nam żyć dalej. Czasem jednak, mimo podobnej straty, reakcja jest inna: zamiast „naturalnej żałoby” pojawia się coś bardziej niezrozumiałego i nasycającego cały umysł żalem i smutkiem.

Strata, której nie potrafimy dobrze nazwać. Jak melancholia niszczy nas od środka.

Ten stan Freud nazwał melancholią. I tu problem jest dużo bardziej skomplikowany, bo strata może być oczywista, jak w żałobie, ale też i jej znaczenie częściowo nieuświadomione.  Czujemy ból, ale nie wiemy (z różnych powodów, o czym dalej), co dokładnie straciliśmy (np. poczucie bezpieczeństwa z dzieciństwa, wyobrażenie o sobie, marzenie, nawet niech to będzie niespodziewane zwolnienie z pracy, której poświęciłeś pół życia i uważałeś za osobisty sukces). Ponieważ nie potrafimy w pełni nazwać straty, nasza energia emocjonalna (libido) nie może zostać wycofana z tego czegoś utraconego, nie znajduje nowych „punktów zaczepienia” na zewnątrz. To libido jednak nie znika: zostaje wciągnięte do środka (do ja/ego) i służy do bolesnej identyfikacji z tym, co utracone. W takim stanie człowiek czuje się bardzo samotny we własnych emocjach i zaczyna doszukiwać się winy w sobie samym, bo nieświadomy lub zaprzeczający przeżywaniu straty. Zamiast myśleć „stało się coś smutnego, to zrozumiałe, że cierpię”, osoba zaczyna przekonywać siebie, że jest „gorsza”, „zepsuta” albo nie zasługuje na dobro i miłość.

Freud uważał, że źródłem tych surowych ocen siebie jest nieświadoma złość – w gruncie rzeczy skierowana nie do siebie, lecz do osoby utraconej albo tego, czego nam brak. Ta złość nie może być otwarcie wyrażona na zewnątrz, bo osoba lub sprawa, którą straciliśmy, była dla nas bardzo ważna, więc trudno „pozwolić sobie” na gniew wobec niej. Zamiast więc ją „wypuścić”, odwracamy ją do środka – i zaczynamy obwiniać siebie. Można to zobrazować tak: wyobraź sobie, że ktoś, kogo kochasz, cię opuszcza – umiera, odchodzi, porzuca albo zawodzi. Obok tęsknoty i smutku pojawia się też żal: złość, że tak się stało, albo poczucie, że druga osoba nas zraniła. Ale… często nie wypada tej złości pokazać, bo „nie można złościć się na zmarłego” albo umiemy tylko myśleć, że „to ja zrobiłem coś nie tak”. Ta niewyrażona na zewnątrz złość szuka sobie innego ujścia. Zaczynamy więc przekonywać siebie: to przeze mnie ona/on odszedł; jestem winny temu, co się stało; nie zasługuję na nic dobrego, skoro tak się kończą moje bliskie relacje.

Takie zachowanie można porównać do dziecka, które – kiedy pokłóci się z rodzicem i rodzic wychodzi z pokoju – zamiast złościć się, zaczyna płakać i wmawia sobie, że jest złym dzieckiem, bo „gdybym był lepszy, mama by się nie obraziła”. W dorosłym życiu ten schemat bywa często powielany: kiedy ktoś nas zawodzi lub tracimy kogoś ważnego, nie potrafimy wyrazić gniewu na zewnątrz, więc cały kierujemy do środka.

W rezultacie osoba w melancholii może mieć bardzo krytyczne myśli o sobie, czuje się ciągle winna, gorsza, niepotrzebna. Zwykle nie zdaje sobie sprawy, że w rzeczywistości jej gniew byłby skierowany na zewnątrz – czyli do tej osoby lub sytuacji, która była źródłem bólu – ale nie pozwala sobie na to, więc wszystko kumuluje w sobie, przez co nie starcza już siły na radość z kontaktu z ludźmi, ciekawość, twórczość czy zwykłe „chce mi się żyć”. Z perspektywy Freuda w żałobie pusty jest świat, ale „ja” pozostaje zasadniczo nienaruszone. W melancholii to samo „ja” staje się jak pole zniszczenia – zaatakowane, wydrążone wnętrze, w którym cień utraconego obiektu miesza się z narcystycznym bólem istnienia.


Wczesne konflikty i „dziecięcy” smutek

Nie wybieramy świadomie, jak będziemy przeżywać stratę. To nasza psychika, nasze nieświadome oraz indywidualny rozwój decydują, czy przeżyjemy żałobę czy zamieni się ona w depresję. Freud twierdził, że melancholia ma swoje korzenie w psychice na bardzo wczesnym etapie rozwoju, często w nierozwiązanych konfliktach– tzw. etapie narcystycznym. To czas, gdy dziecko skupia się głównie na sobie i swoich uczuciach. Jeśli nie nauczymy się wtedy radzić sobie z przykrymi doznaniami, nie zaczniemy rozwijać swoistej mentalnej pojemności, by wytrzymywać i doświadczać przyjemne i nieprzyjemne przeżycia, jesteśmy bardziej podatni na depresję w dorosłości.

Co z tego wynika dla Ciebie? O leczeniu, farmakologii i terapii

Jeśli zamienisz „melancholię” słowem „depresja” w opisie Freuda, dostajemy tak naprawdę obraz choroby, którą współczesna medycyna i psychologia rozpoznaje według ścisłych, medycznych kryteriów (np. w klasyfikacji ICD) – czyli depresji jako zaburzenia nastroju. Ta współczesna depresja często opisywana jest jako stan bez widocznej, konkretnej przyczyny, „choroba znikąd”, najwyżej nazwana jest zaburzoną reakcją na trudne doświadczenie. Rozwiązaniem jest znalezienie leku, który poprawi biochemię mózgu – dostarczy więcej serotoniny lub dopaminy. W ten sposób tracimy z oczu źródło problemu, nie badamy człowieka, dlaczego tak się stało, w którym momencie przeżywania swego życia utknął. Sądzę, że coraz trudniej nam „żałobować” – czyli przeżyć i przetworzyć swoją stratę. Nie przechodzimy przez naturalny proces żałoby, nie wiemy, jak „obsłużyć” smutek w sobie. Zamiast doświadczać żalu tyle, ile potrzeba, aż się wysyci, „chorujemy na depresję” i szukamy pomocy, która nie pyta o historię, tylko o objawy, narzuca normy czasowe, ile wystarczy, by coś poczuć, uświadomić sobie, opłakać. I kurczowo staramy się patrzeć na siebie przez pryzmat wydajności, skuteczności, nawet w osiąganiu szczęśliwego życia czy idealnego wyważenia kariery z życiem prywatnym. I o tym też Freud pisze w swoim eseju, zauważając, że wewnętrzna mordęga człowieka z ambiwalencją wokół straty może prowadzić do manii. Czyli choroby afektywnej dwubiegunowej.


W tym artykule celowo uprościłam złożoność, głębię i odkrywczość myśli Sigmunda Freuda. Moją intencją nie było wyczerpujące tłumaczenie jego teorii, lecz raczej zasianie ziarna wnikliwszej refleksji nad sobą i postrzeganiu innych ludzi. Mam nadzieję, że ta perspektywa wzbudzi ciekawość i nie pozwoli akceptować powierzchownych rozwiązań. Wierzę, że psychoanaliza, której fundamenty położył Freud, pozostaje absolutnie aktualna, choć stale rozwijana i modyfikowana, i niezmiennie cenna dla rozumienia ludzkiej psychiki aż po dziś dzień.

Na koniec… choć smutek i cierpienie nie są „defektami”, które trzeba natychmiast skorygować, czasem naprawdę trudno unieść je samemu. Jeśli masz wrażenie, że utkwiłeś w takim stanie, jedną z najmądrzejszych rzeczy, jakie możesz dla siebie zrobić, jest szukanie pomocy – czy będzie to psychoterapia, czy leczenie farmakologiczne, które w niektórych sytuacjach dosłownie ratuje życie. Farmakologia stabilizuje objawy, a psychoterapia zaprasza do pracy nad źródłem cierpienia.


Bibliografia

Freud, S. (2009). Żałoba i melancholia. W: S. Freud, Psychologia nieświadomości (przeł. R. Reszke). Warszawa: Wydawnictwo KR, str. 145-159

https://remedium.md/icd10/zaburzenia-psychiczne-i-zaburzenia-zachowania/epizod-depresyjny

Leave a Reply